Minął tydzień w europejskiej stolicy (gdzie jestem można odgadnąć ze zdjęcia) i mimo widoku pięknych miejsc naszła mnie refleksja, że jedzenie dla człowieka jest absolutnym priorytetem bez względu na szerokość geograficzną oraz piękno zabytków tudzież okoliczności przyrody.

Jest to stwierdzenie trywialne, lecz ma swoje konsekwencje w przejadaniu się, nie tylko na wakacjach. Dlatego walka nawet z najmniejszym głodem lub po prostu z pokusą zjedzenia czegoś ciekawego jest prawdziwym wyzwaniem. Szczególnie w nowych miejscach, które odwiedzamy – w końcu po to człowiek zwiedza świat, aby popróbować nowych potraw. Lecz jak to zrobić, by przy okazji nie narażać się na zbędne kalorie?
Oto moja strategia wakacyjna złożona z kilku zasad poruszania się po dżungli pokus (również do zastosowania w dniu codziennym).
Jak uniknąć pokus w jedzeniu – dwie zasady
Po pierwsze: daj sobie czas
Maksymalna eliminacja pośpiechu w życiu (szczególnie przydatna w życiu codziennym). Wydłużenie czasu dla siebie powoduje, że mamy więcej minut na przemyślenie co zjeść, a szczególnie na wprowadzenie przemyśleń żywieniowych w życie. To sprowadza się do konkretów w stylu: mamy czas na pokrojenie, ugotowanie, przyrządzenie, doprawienie, uatrakcyjnienie posiłku, zawinięcie go i wzięcie ze sobą do pracy lub szkoły. Dzięki temu nie kupujemy byle czego, byle gdzie, byle szybko… bo już czas goni. A po za tym jesteśmy świetnie przygotowani do zmierzenia się z napastliwą reklamą sprzedających.
Na wakacjach czasu jest zazwyczaj więcej, lecz, tak jak w moim przypadku, zwiększa się także liczba atakujących pokus żywieniowych dlatego.
Po drugie: zjedz coś i napij się przed wyjściem
Zawsze, jak tylko możesz, bądź najedzony i napełniony wodą. Jak długo? Tak długo, jak się tylko da! Jak to zrobić:
- Zjedz zawsze śniadanie (o składzie dziś nie piszę), najlepiej przygotowane samemu. Na moim przykładzie, idę na wakacjach do Pingo Doce (portugalskiej Biedronki), chodzę po „nowych półkach”, a w domu przygotowuję śniadanie, które jest zbliżone maksymalnie do tego, które robię na co dzień w domu. Lecz to wzbogacam o nowe, ciekawe lub lokalne produkty.
- Wypij sporo wody, kawy, herbaty. Napełnij żołądek płynami przed wyjściem. Weź wodę ze sobą, weź także kanapkę (poleganie wyłącznie na jedzeniu „na mieście” to prosta droga do przejadania się). Na moim przykładzie: jem dużo warzyw na śniadanie (mają sporo wody), piję 2-3 szklanki wody w kawie czy herbacie, biorę wodę ze sobą w plecaku. Zabieram także pyszną, sporą kanapkę i trochę orzechów.
Taktyka gry z pokusami i głodem poza domem wygląda więc następująco: gdy wychodzę z domu i tuż za rogiem spotykam pierwsze słodkości, jestem najedzony i nawodniony, więc łatwiej mi się oprzeć pierwszemu uderzeniu „przeciwnika”.
Mam plan, gdzie zmierzam, więc zajmuję głowę dotarciem do celu, czytaj: mniej myślę o jedzeniu. Gdy pokusy pojawiają się jedna za drugą, najpierw piję wodę. To pomaga zazwyczaj na ok 15-30 minut, potem trochę im ulegam i siadam gdzieś na kawę. Jeśli jeszcze mam „siłę” –do kawy nic nie domawiam. Zazwyczaj tak to wygląda, ale czasem coś drobnego zjem (jestem przecież na wakacjach!). W Portugalii do kawy je się małe ciastko pastel del nata. Uważam, aby zjeść tylko jedno, bo jest naprawdę przepyszne. To pomaga na około godzinę.
Wraz z czasem atak pokus narasta, więc znów piję wodę, którą – to ważne – mam w zasięgu ręki. To znów pomaga na ok. 15-30 minut.
Następnym sposobem jest żucie gumy miętowej (bezcukrowej). U mnie daje rewelacyjne rezultaty: do 30-60 minut eliminuje napad chęci zjedzenia czegoś słodkiego.
Następnie jem swoją kanapkę, z dużą przyjemnością, bo kanapka jest bardzo smaczna, zwłaszcza gdy jestem głodny. Starannie przygotowana (procentuje czas dla siebie) jest bardzo odżywcza, a poza tym wiem, co jem, czego nie można powiedzieć do końca o jedzeniu z tzw. budek.
Kanapka wystarczy na ok. 1-1,5 h. Potem znów piję wodę, często też ponownie kawę. Proszę o trochę wody z lodem, gdyż po wypiciu wody jeszcze zjadam kostki lodu – fantastycznie pomagają na zwiększenie nawodnienia, a gryzienie lodu wydłuża znów czas do głównego posiłku bez ciągłego podjadania. Można także do kawy zamówić coś zmrożonego, np. nawet lody, byle z mrożonymi owocami. Bezpośrednie jedzenie mrożonek także fajnie i pozytywnie wpływa na sytość.
A potem jem już wybrane lokalne danie na obiad. Tym sposobem unikam pokus ciągłego jedzenia i „przeciągam” apetyt na właściwe dla niego miejsce, czyli na obiad – zazwyczaj fantastycznie wyglądający i smakujący posiłek z deserem włącznie. Dzięki temu mogę ze spokojem korzystać z miejscowych atrakcji kulinarnych i wcale się nie przejadać.
Wszystkim na wakacjach życzę smacznego – z rozsądkiem w tle.
