W części pierwszej wakacyjnego pobytu (przeczytacie ją tutaj) było już o umiejętności zmniejszania apetytu, unikania pokus czy zajmowania głowy czymś innym, co nie jest kuszącym jedzeniem. W terminologii wojskowej można by tę strategię nazwać obronną. A to oznacza, że jest także jakaś strategia ataku 🙂

Oczywiście, że jest – to popularne „spalanie” kalorii, czyli zwiększenie wydatku energetycznego. Dbanie o umiarkowane przyjmowanie energii z pożywieniem, a z drugiej strony wydatkowanie kalorii to są dwie strony tego samego medalu. Tylko ta „sportowa” połowa jest jakby mniejsza. Ale dlaczego tak jest?

Zazwyczaj, gdy mówimy o wydatku energii, mamy na myśli aktywność ruchową. Sprawdźmy więc, jak to działa w praktyce, na przykładzie jednego mojego urlopowego dnia – 11 lipca 2025 roku.

Jeden dzień, setki kalorii – wakacyjny przykład z życia

Rano przebiegłem 5 km w tempie joggingowym, czyli spaliłem ok. 400 kcal. Poćwiczyłem na poręczach (popularnych przy plażach za granicą), gdzieś z 20 min – 140 kcal. Razem 540 kcal. Zjadłem białkowo-tłuszczowe śniadanie, ok. 600-650 kcal, i wcale nie było to za duże śniadanie. Czyli i tak zostało mi ok. 100 kcal na plusie.

Potem akurat mieliśmy w planie wycieczkę rowerową. W wolnym tempie przejechaliśmy 17 km – dystans całkiem niezły jak na wakacje – więc 1100 kcal „spalonych”. Bez wcześniejszego podjadania (jak zazwyczaj pomogły w tym dwie czarne kawy, szklanka wody i guma do żucia) zasiadłem do obiadu, który miał ok. 500 kcal. Posiłek celowo nie za duży, bo w planach były niezwykle kuszące lody. W sumie zjadłem ich 225 g (były sprzedawane na wagę, stąd wiem dokładnie ile). Lody mają po ok. 250 kcal na 100 g, czyli zjadłem… drugi obiad, 562 kcal!

Razem zjedzonych niespełna 1100 kcal i znów wychodzi, że remis, a w zasadzie dalej 100 kcal na plusie, biorąc pod uwagę bilans po śniadaniu. Potem niewiele już było ruchu – przeszliśmy ok. 2 km, czyli „spalanie” w granicach 180-200 kcal. Na kolację zjadłem dużo, bo min. 400 g mięsa (musiałem dokończyć porcję żony :-)), a więc znów przyjętych ok. 1000 kcal, o matko!

Przy okazji ważyłem się rankiem – mamy wagę w domu – 69,1 kg. Moja waga wieczorem to z kolei 69,8 kg. Co prawda zmieściłem się w swoim zaplanowanym dziennym limicie, ale nie było łatwo. Pokusy wakacyjne w natarciu!

Wnioski: dieta to wciąż klucz

Widać jak na dłoni, że menu ma większe znaczenie dla sterowania wagą (oczywiście można było zjeść mniej lub nie jeść lodów) niż ćwiczenia rekreacyjne (chociaż można było ćwiczyć więcej lub intensywniej). Cały dzień zamknąłem wydatkiem 2423 kcal plus podstawowa przemiana materii ok. 1500 kcal. Razem niespełna 4000 kcal, a i tak na koniec dnia byłem o 700 g cięższy niż na jego początku (choć przy różnicy do 1 kg może to być też kwestia wypicia dużej ilości wody lub jej zatrzymania w organizmie, np. po zbyt słonej kolacji).

Co daje ruch, nawet jeśli nie spala tyle, ile trzeba?

Dlatego rekreacyjny ruch jest „supportem” dla zdrowego sposobu żywienia (no bo co by to było, gdybym zamiast jazdy rowerem leżał tego dnia na plaży?).

Niemniej należy dodać, że przy wysiłku fizycznym ważna jest nie tylko liczba spalonych kalorii, ale i jego pozytywny wpływ na psychikę – regularny ruch pozwala panować głową nad ciałem. A to jest wartość bezcenna, nawet na wakacjach, choć bym raczej powiedział – przede wszystkim na wakacjach.

Zdrowego urlopu!

Dodaj komentarz