Tsunami nie jest jednym ze zjawisk, które chętnie byśmy zaobserwowali za naszymi oknami. Na szczęście Polski nie nawiedza tak porywisty wybryk natury (przynajmniej raz nie możemy narzekać na pogodę). Lecz już taka Japonia nie ma tyle szczęścia, a szczególnie zabrakło go w 2011 roku, gdy potężne fale tsunami uderzyły w elektrownię jądrową w Fukushimie. Z zagrożonego regionu ewakuowano wtedy sporą część ludności. Oprócz oczywistego współczucia dla ofiar i tragedii związanej choćby z przymusową relokacją była to również okazja do przeprowadzenia badań tamtejszej społeczności. Okazało się, że skrupulatni Japończycy kilka miesięcy przed tsunami przeprowadzili badania wśród mieszkańców dotyczące m.in. ich wskaźnika BMI (body mass index – popularny wskaźnik ogólnie określający czy masa ciała jest w normie). Kilka lat po „przeprowadzce” wykonano badania ponownie. Okazało się, że przeciętny relokowany jest o kilka stopni wyżej w tabelce wyników BMI, co było równoznaczne z przybraniem przez niego masy ciała. W pierwszej chwili wyciągnięto wniosek, że winowajcą za taki stan rzeczy jest PTSD (Post-Traumatic Stress Disorder), czyli zespół stresu pourazowego. Może nie wypada żartować w takiej sytuacji, lecz minęło już sporo czasu, więc pozwolę sobie na dowcip: wyglądało na to, że dotknięci tragedią najedli się strachu, a że był „kaloryczny”, to i trochę im przybyło kilogramów.
Jednak gdy badacze przyjrzeli się bliżej przyczynom tego „skoku w tabeli”, okazało się, że wytłumaczenie tego stanu rzeczy było o wiele prostsze. Przesiedleni mieli po prostu bliżej do marketów i barów z szybką żywnością niż w poprzednim miejscu zamieszkania. I całe szczęście, że badania wykazały inną przyczynę zwiększenia masy ciała ludzi spod Fukushimy. Bo wyobraźmy sobie, gdyby strach był faktycznym powodem przybierania na masie, to jakby na przykład wyglądali uczniowie przed klasówką z matematyki? Lub kierowca „elki” na egzaminie na prawo jazdy? W skrajnych przypadkach mógłby się nie zmieścić do samochodu i oblać jeszcze przed otwarciem drzwi. Dlatego wypada cieszyć się, że japońscy badacze ustalili, że to MacD czy inne burgerownie wzięły na siebie ciężar tych niekorzystnych rezultatów badań.
wyobraźmy sobie, gdyby strach był faktycznym powodem przybierania na masie, to jakby na przykład wyglądali uczniowie przed klasówką z matematyki?
Ciekawe, jak ta sytuacja ma się do słynnego już zdrowego stylu życia Japończyków, opartego głównie na doskonałej diecie (średnia życia w Japonii to 84,6 lat – 2. miejsce na świecie tuż za mieszkańcami Hongkongu). Czy wśród przeniesionych mieszkańców z Honsiu nie działa słynne „hara hachi bu” (czyli jemy do 80% wypełnienie żołądka)? Nie skutkuje chyba także program dla dzieci i młodzieży o nazwie „Shoku-iku” (czyli „Chodźmy zjeść” – prawie jak „Just-Eat”, ale prawie robi dużą różnicę), który polega na uczeniu od najmłodszych lat zdrowego żywienia opartego głównie na tłustych rybach, warzywach i owocach oraz produktach wieloziarnistych, a w każdym razie nieprzetworzonych.
Czy wystarczy naprawdę postawić kilka azjatyckich Żabek i Biedronek, aby tak zdyscyplinowany naród jak mieszkańcy Kraju Kwitnącej Wiśni z łatwością złapali się na ich tłusty i słodki haczyk? Wygląda na to, że tak. W tej sytuacji mamy dwa wnioski: pierwszy jest taki, że w tej sytuacji my, Polacy, jesteśmy usprawiedliwieni z naszą nadwagą (a statystyki wciąż są alarmujące), bowiem i bez tsunami (na szczęście) mamy wszędzie blisko do marketów i miejsc, w których nikt nigdy nie słyszał o „hari hachi bu”. Usprawiedliwione są też nasze dzieci, tyjące najszybciej w całej Unii Europejskiej (wg ostatnich wyników badań), ponieważ nikt im nawet nie zaproponował, aby „poszły zjeść” coś innego niż hamburgery, hot-dogi czy pizzę (nie ma polskiego programu typu Shoku-iku). Nie mamy nawet czym postraszyć tego pędu do kaloryczności w naszym kraju, już wiemy, że na tsunami nad Bałtykiem liczyć nie możemy, na Trumpa też nie, bo zajmuje się głównie Ukrainą, Unia Europejska tylko nam wytyka błędy (jak zwykle), a nasz Instytut Żywienia buduje piramidy.
my, Polacy, jesteśmy usprawiedliwieni z naszą nadwagą, bowiem i bez tsunami mamy wszędzie blisko do marketów i miejsc, w których nikt nigdy nie słyszał o „hari hachi bu”
Drugi wniosek jest mniej oczywisty, może zamiast budować, tym razem coś zburzmy? Na przykład farmy cholesterolu i wysoko przetworzonego zboża w snack barach. Wylejmy na tory litry syropu glukozowo-fruktozowego, który chowa się w każdym, nawet najmniejszym sklepiku. Wyrzućmy do śmietnika (ekologicznego oczywiście) żelki, chipsy, dosładzane jogurty i czekoladowe króliki wraz z całą słodką rodziną (a wiadomo, że króliki potrafią się mnożyć). To byłoby dopiero prawdziwe tsunami. Blady strach padłby na branżę FMCG (Fast-Moving Consumer Goods, czyli w skrócie przemysł cukierniczo-spożywczy). Tym razem na pewno nie byłby to strach „kaloryczny”, raczej „harakiri” (ceremonialne samobójstwo) dla niezdrowego jedzenia. Okazuje się, że jednak te japońskie zwyczaje są bardzo przydatne.
